„Nie oddychajcie głęboko.”
Głos Edmarka odbił się od kamiennych ścian jak ostrze przeciągnięte po stali.„Oddychanie nie zabija.” — Bren stanęła obok niego. Jej dłonie drżały nie z lęku, lecz z chłodu miejsca.
„Powietrze nie zabija .” — wtrącił Drolf, przyglądając się czarnej wodzie stojącej w nieruchomych basenach. — „Zabija to, co je wypiło.”
„Wystarczy.”
Inara wysunęła się naprzód, ostrze opadało pod ciężarem wilgoci. Zatrzymała się przed wielkimi wrotami sanktuarium.„To nie żart, Valoran.”
― powiedziała, nie odrywając wzroku od jadeitowych ornamentów.„Wiem.” — Edmark uniósł hełm.
„Nie wchodzimy tu po chwałę. Wchodzimy, żeby coś z tego miejsca nie wyszło.”
Wrota Jade Abbey otworzyły się jak gardło, które postanawia połknąć cztery dusze naraz. Wychodzący z nich zapach nie był zapachem pleśni — był zapachem pamiętanej śmierci.
To właśnie w tym momencie zaczyna się historia czterech bohaterów Darkwater. Nie są to święci, nie są to legendy ani postaci bez skaz. To istoty, które przyniosły ze sobą błędy, upór, grzechy i ostatnie iskry nadziei.