Ogień trzaskał cicho między kamieniami, a noc na pustkowiu była zimniejsza, niż regulamin przewidywał. Żołnierze siedzieli w półkolu — zmęczeni, brudni, milczący. Gdzieś daleko dudniła artyleria, jakby sama planeta oddychała ciężko.
Stary kapral Deren zdjął hełm, potarł siwe skronie i splunął w piach.
— Widzieliście dziś te wraki na orbicie? — zapytał.
Kilku kiwnęło głowami.
— To nie orkowie — dodał. — Orkowie zostawiają bałagan. A to… to było czyste cięcie. Jak chirurg z bolterem.
Młody strzelec podniósł wzrok.
— Kto to zrobił?
Kapral prychnął.
— Lepiej zapytaj: kto jeszcze żyje, żeby o tym opowiedzieć.
Przez chwilę słychać było tylko ogień i wiatr przesuwający pył po skałach.
— Dawno temu był Space Marine, który naprawdę próbował robić dobrą robotę. Nazywał się Huron. Pilnował granicy Imperium przy Maelstromie. Wiecie, gdzie to jest? Nikt nie wie dokładnie. Mapy wariują, kompasy wariują, a nawet kapelani zaczynają się tam modlić ciszej.
Imperium wysłało go tam z jednym rozkazem: utrzymać porządek. Bez ludzi. Bez wsparcia. Bez zapasów. Jak zwykle.
I wiecie co? Udało mu się.
Piraci zniknęli. Konwoje zaczęły docierać. Planety przestały płonąć. Ludzie zaczęli mówić, że może Imperium jednak o nich pamięta.
A wtedy Terra zauważyła, że ktoś odnosi zbyt duże sukcesy.
Za silny. Za niezależny.
Więc wysłali innych Space Marines, żeby przypomnieli mu, kto tu rządzi. I wtedy zaczęła się wojna. Nie taka jak nasze. Gorsza. Bracia przeciw braciom.
Kapral dorzucił kawał drewna do ognia. Iskry poleciały w noc.
— Mówią, że niebo nad Badab było czerwone przez tygodnie. Statki spadały jak deszcz meteorytów. Astartes walczyli tak blisko, że podobno można było słyszeć, jak przeklinają się przez vox.
Na końcu pałac Hurona eksplodował. Imperium uznało sprawę za zakończoną. Zawsze tak robią. Jeśli raport mówi „wróg martwy”, wszyscy idą spać spokojnie.
Kapral uśmiechnął się bez wesołości.
— Tylko że on nie umarł.
Jego ludzie zabrali go do Maelstromu. A z tamtąd… wszystko wraca inne.
Kiedy zobaczono go następnym razem, połowa była stalą, a druga połowa nienawidziła Imperium bardziej niż jakikolwiek heretyk. Od tamtej pory nazywał się Huron Blackheart.
I od tamtej pory statki zaczęły znikać.
Kapral spojrzał po twarzach młodych żołnierzy.
— Red Corsairs to nie armia. To wszystko, co Imperium zgubiło po drodze. Zdrajcy. Piraci. Astartes, którzy przestali wierzyć. Nawet zwykli ludzie, którzy uznali, że łatwiej rabować niż umierać za planety, których nikt nie pamięta.
Malują pancerze na czerwono i czarno. Żebyś widział ich, zanim umrzesz.
Jeden z rekrutów odezwał się cicho:
— Ale przecież Chaos chce tylko zniszczyć wszystko… prawda?
Kapral pokręcił głową.
— Właśnie nie. Blackheart nie chce końca świata. On chce własnego imperium. Nie pali planet dla bogów. Okrada je. Zabiera statki, ludzi, broń. Kradnie Imperium dla siebie , kawałek po kawałku. Jak szczur podgryzający fundamenty.
Ogień dogasał, a cienie wydłużały się na kamieniach.
Kapral wstał powoli i założył hełm.
— Zapamiętajcie jedną rzecz. Jeśli kiedyś zobaczycie statek bez sygnatury, który pojawia się z Warp’u bez ostrzeżenia… nie próbujcie być bohaterami.
Wyłączcie światła.
Zamilknijcie.
I módlcie się, żeby Huron Blackheart szukał kogoś innego.
W oddali zawyła syrena alarmowa. Żołnierze podnieśli się powoli, a ogień zgasł, zostawiając tylko czerwone iskry — jak oczy czegoś, co patrzyło z ciemności Maelstromu.