— Raport wizualny — rzucił cicho.
Czerwone oko servo-skulla rozjaśniło się, skanując ruiny przed nimi. Martwe ciała gwardzistów leżały równo ułożone pod ścianami zrujnowanych budynków. Żadnych śladów szarpaniny. Żadnych łusek po pociskach.
— To nie jest zwykła rzeź — powiedział Ferren. — Ktoś się tu napracował.
Porucznik Callistron przystanął obok.
— Heretycy? Xenos?
Z głębi miasta dobiegł cichy, przeciągły dźwięk, jak zawodzenie chóru złożonego z pojedynczego, rozdwojonego głosu. Ferren uniósł młot „Honour” i zamknął na moment oczy.
— Word Bearers — odpowiedział. — Ich wojna zaczyna się od słów. Kończy krwią.
Servo-skull zawisł bliżej. Pióro zapisujące kronikę wyryło nowy wers: „Dzień pierwszy: Garrovire nie jest martwe. Jest przygotowane jak ołtarz.”
— VI Kompania — głos Ferrena zabrzmiał teraz twardo — formować szyki szturmowe. Schodzimy pod ziemię. Zanim ich rytuał dojrzeje.
Wejście do dawnych schronów przeciw bombowych znajdowało się w rozbitej alei komunikacyjnej. Stalowa brama wisiała oderwana od zawiasów jak wyrwany pazur.
— Czujniki ruchu wykazują aktywność niżej, Kapitanie — zameldował techmarine Alect. — Źródła cieplne, kilka tuzinów. Część niestabilna… możliwe obecności demoniczne.
Ferren skinął głową.
— Załóżcie hełmy — pełne uszczelnienie pancerzy. Poprośmy imperatora, by nie zabrakło nam wrogów, którym będziemy mogli okazać jego chwałę.
Bracia z VI Kompanii ruszyli w dół, jeden za drugim, w półmroku migotających lumenów. Schody wydawały się nie mieć końca. Na ścianach pojawiały się pierwsze ślady herezji: wyryte pazurami runy, symbole zdeformowanych aquili, krwawe odciski dłoni ułożone w okręgi.
Ferren zatrzymał się przy jednym z takich znaków. Dotknął go rękawicą, potem otarł krew o własną pelerynę.
— Pamiętajcie — odezwał się przez vox. — Ich rytuały to kłamstwa ubrane w formę. Nasze rytuały to prawda uświęcona czynem. Nie damy się zastraszyć ozdobnymi kręgami krwi.
— Za Macragge — odpowiedziały głosy Kompanii.
Servo-skull zanotował: „Zejście do podziemi: obecność zanieczyszczonej ikonografii, morale braci – stabilne.”
Pierwszy opór napotkali w kaplicy schronu. Kiedyś prosty ołtarz Imperatora, teraz obłożony był świecami z ludzkiego tłuszczu, a w miejscu imperialnego godła widniał wizerunek otwartej księgi.
— Wyłącz lumeny — powiedział Ferren.
W ciemności zaczęły żarzyć się symbole, namalowane substancją reagującą na obecność wiernych Chaosu. W narożnikach, zgarbione sylwetki kultystów szeptały litanię, nie zauważając jeszcze przybyszów.
Ferren podniósł młot.
— Hymn Oczyszczenia, strofa pierwsza — rozkazał.
Ultramarines odpowiedzieli jednym głosem. Słowa wypełniły kaplicę, cięte, rytmiczne, twarde jak zęby miecza łańcuchowego. Szepty kultystów załamały się, przerodziły w krzyki.
Z ciemności wystrzeliły pierwsze heretyckie pociski. Odpowiedź VI Kompanii była metodyczna: krótkie, precyzyjne salwy, ruchy jak z Kodeksu Astartes — wytrawione w mięsniach, powtarzane od tysiącleci.
Jeden z kultystów rzucił się prosto na Ferrena, z nożem umazanym od krwi.
— Bracie, wybacz nam—!
Resztę słów zagłuszyło pęknięcie kości, gdy młot „Honour” zakończył bluźnierczy bełkot.
— Nie jesteś moim bratem — wyszeptał Ferren.
Servo-skull zawisł nad ołtarzem, nagrywając tą bluźniercza kreację, zanim jeden z braci zdążył go zniszczyć oczyszczającymi płomieniami swego flamera .
W głębi kaplicy majaczyło wejście, korytarz prowadzący do dawnego centrum dowodzenia schronu. Teraz był to korytarz litanii: każda ściana pokryta znakami, każdy krok bliżej do źródła szeptu, który Ferren czuł niemal fizycznie.
Na końcu korytarza znajdowały się pancerne drzwi, dodatkowe blachy nad spawane i „wzmocnione” krwawymi runami miały zwiększyć ich wytrzymałość.
— Ładunki kruszące— polecił Callistron.
— Nie. — Ferren uniósł rękę. — Jeśli to krąg rytualny, gwałtowne przerwanie może przyspieszyć efekt, którego nie chcemy oglądać.
Przez chwilę stał w milczeniu. Servo-skull zbliżył się do drzwi, skanując runy.
— Ustawić szyk tarczowy. Na moją komendę. — Ferren wyprostował się, a jego głos stwardniał. — Rozpoczniemy rytuał rozproszenia.
— Kapitanie, myślałem, że takie rzeczy pozostawia się kapelanom… — mruknął Alect.
— Jestem Mistrzem Rytuałów — odparł Ferren. — Nasze liturgie nie są tylko ozdobą. Są bronią.
Kiedy bracia uformowali szereg, Ferren rozpoczął. Słowa, których nauczył się na Macragge, słowa, które Messinius powtarzał mu, gdy był jeszcze „anonimowym” porucznikiem, uderzały w powietrze jak młoty w kowadło.
Runy na drzwiach zaczęły migotać, żar ich barwy przechodził z plugawych czerwieni w wypalony szary. Szept za drzwiami podniósł się o ton, jakby coś wrzeszczało w niemym gniewie.
— Teraz — polecił Ferren. — Ładunki, moc minimalna. Otworzyć.
Wstrząs rozdarł drzwi, zostawiając w nich otwór, przez który Astartes mogli się przecisnąć. Zanim ruszyli naprzód, Ferren na moment zawahał się — wtedy wróciło do niego wspomnienie.
Stali z Messiniusem na pokładzie „Zar-Quaesitor”, daleko od jakiejkolwiek planety. Po raz pierwszy zobaczył wtedy księgi rytuałów White Consuls.
— Myślisz, że to są tylko słowa — powiedział Messinius. — Ale słowa trzymają nas przy rozumie w miejscu, gdzie rzeczywistość traci kształt.
Ferren wtedy milczał, wciąż oszołomiony wiedzą, która przekazywał mu Messinus.
— Kiedy wkroczysz w prawdziwą ciemność — kontynuował jego mentor — będziesz potrzebował czegoś więcej niż pancerza i boltera. Będziesz potrzebował pamiętać, kim jesteś. Rytuały są pamięcią zaklętą w formie. Tarczą dla duszy. A czasem — młotem na wroga.
Wspomnienie zgasło tak szybko, jak się pojawiło.
— Kapitanie? — Callistron spojrzał na niego pytająco.
— Idziemy. — Ferren przeszedł przez wyrwę jako pierwszy.
Sala za drzwiami była duża jak hangar. W jej centrum znajdował się krąg złożony z ciał mieszkańców Garrovire, połączonych łańcuchami, ułożonych w symbol, którego wzoru Ferren wolał nie powtarzać nawet w myślach.
Nad kręgiem unosiła się ciemność — nie cień, ale coś gęstszego, lepkiego, szepczącego.
Głos odezwał się bezpośrednio w jego głowie.
„Ferren Areios… porzucony chłopiec z dna ula, teraz w błękicie. Czym jesteś, jeśli nie kolejną maską na twarzy strachu?”
Ferren poczuł, jak servo-skull trzepocze obok, jego systemy zostały na moment zakłócone.
— Word Bearers lubią teatr — warknął. — Ignorować bodźce psychiczne. Cele priorytetowe: źródła szeptu, postacie w centrum.
Na krańcach sali zaczęły materializować się sylwetki w czerwonych pancerzach, z księgami przytroczonymi do zbroi. Word Bearers. Prawdziwi aktorzy tego cyrku.
— Witaj, Kapitanie — odezwał się jeden z nich ludzkim głosem, wychodząc z cienia. — Mistrzu Rytuałów. Dobrze, że przyszedłeś. Krąg wymaga świadka.
Ferren uniósł młot.
— Jestem tu, aby być egzekutorem, nie widzem.
Strzały z bolterów rozdarły powietrze, gdy pierwszy rząd braci VI Kompanii odpalił salwę. Word Bearers odpowiedzieli ogniem i plugawymi inkantacjami, które sprawiały, że metal drżał, a lumeny traciły ostrość.
— Pierwszy pluton, osłonić wejście! Drugi, trzeci — ze mną! — ryknął Ferren. — Ten krąg musi zostać przerwany.
— Kapitanie, jeśli się rozdzielimy, ryzykujemy odcięcie — ostrzegł Callistron.
— Ryzykujemy więcej, jeśli pozwolimy im skończyć. Widziałem już, co potrafi jedno udane kazanie Mrocznego Apostoła.
Bracia przyjęli decyzję bez dalszych słów. To było ich zadanie. Ich powód istnienia.
Servo-skull odleciał w górę, aby objąć pole bitwy w szerszej perspektywie. Autoskryba pracował w szaleńczym tempie, próbując nadążyć.
„VI Kompania rozdzielona: część sił zabezpiecza wyjście. Rdzeń uderzeniowy pod dowództwem Kapitana przemieszcza się w stronę centrum rytuału.”
W centrum sali, w samym sercu kręgu z ciał, stał Mroczny Apostoł. Jego pancerz pokrywały blizny po dawno zgaszonych egzorcyzmach, a w rękach dzierżył zakrwawioną laskę-kodeks.
— Witaj w miejscu, gdzie słowo jest ostrzejsze niż młot, Ultramarine — zaśmiał się. — Czy twoje czyste liturgie zdołają zagłuszyć chór przepaści?
Ferren wszedł prosto w krąg, ignorując prychanie energii na krawędzi pola. Każdy jego krok był wyzwaniem.
— Nazywasz to chórem — powiedział spokojnie. — Ale ja słyszę tylko chaos. A chaos można zagłuszyć harmonią.
Bracia ustawili się półkolem, odgradzając Word Bearers od ciał ułożonych w symbol. Strzały, łańcuchowe miecze, płomienie z flamerów mieszały się z plugawymi litaniami heretyków.
Ferren był spokojny. Póki oddychał, póki jego głos mógł unieść się nad wrzawą, ta bitwa nie była przegrana.
Mroczny Apostoł wymierzył w niego laskę, a powietrze między nimi zgęstniało. Widmowe łańcuchy próbowały spętać ruchy Ferrena, zakuć go w miejscu.
— Upadniesz na kolana, jak wszyscy, którzy wierzą w martwe księgi — syknął heretyk.
Ferren odpowiedział nie czynem, ale słowem.
— „Imperator jest światłem, które nie potrzebuje twojego zrozumienia. Tylko twojego strachu” — zacytował jedną ze starożytnych litanii Macragge, głosem pewnym, spokojnym.
Widmowe łańcuchy zawahały się, jakby coś w nich pękło. Na ułamek sekundy szept w sali przycichł.
Wystarczyło.
Ferren ruszył do przodu, młot „Honour” opisując szeroki łuk. Laska Apostoła spotkała się z nim w wybuchu energii. Obaj na moment zniknęli w błysku światła.
Kiedy rozbłysk zgasł, Ferren stał wciąż, twardo. Mroczny Apostoł cofnął się oszołomiony, jego pancerz teraz pęknięty, odkrywał fragment zdeformowanego ciała.
— Twoje rytuały są niczym, jak wszystko, co jest zbudowane na zdradzie — powiedział Ferren, unosząc swój uświęcony młot. — Moje są wykute z pamięci naszych poległych.
Uderzył ponownie. Tym razem młot trafił w hełm heretyka. Echo tego uderzenia rozlało się po sali jak dzwon pogrzebowy.
Śmierć Apostoła nie zakończyła walki, ale coś się zmieniło. Ciemność nad kręgiem zawirowała, jakby straciła punkt skupienia. Szepty zmieniły się w skowyt.
— Teraz! Zniszczyć znaki! — ryknął Ferren.
Bracia zabrali się do pracy z brutalną metodycznością. Boltery rozrywały fragmenty symbolu, miecze łańcuchowe odcinały kończyny i głowy, flamer spopielał wszystko, co wciąż pulsowało resztką plugawych energii.
Podłoga zaczęła pękać. Cała konstrukcja schronu jęknęła.
— Kapitanie, strukturalna stabilność jest zagrożona — zameldował Alect. — Musimy się wycofać.
Ferren spojrzał na krąg, teraz już bardziej stertę zwęglonych szczątków niż cokolwiek przypominającego symbol.
— VI Kompania, odwrót w stronę wejścia. Priorytet: ranni, potem zabezpieczenie danych. Servo-skull, zakończ zapis. Zapisz to jednym słowem: „oczyszczone”.
Część sufitu runęła w momencie, gdy ostatni z braci opuszczał salę. Pył wdarł się do filtrów hełmów, światło lumenów migotało, ale formacja pozostała nienaruszona.
Na powierzchni Garrovire było jaśniej niż wtedy, gdy schodzili pod ziemię. Dym wciąż unosił się nad ruinami, ale główny szept ustał. Zastąpił go inny dźwięk: spokojne, równe kroki pancerzy Astartes, zabezpieczających teren.
Ciała poległych braci ułożono w równym szeregu. Ferren stał nad nimi w milczeniu. Servo-skull zawisł u jego boku, gotów do zapisania kolejnego rozdziału.
— Nazywali cię numerem — powiedział w myślach, patrząc na hełm jednego z młodszych braci. — Potem dali ci imię. My damy ci pamięć.
Głośno wypowiedział kolejny rytuał: Litanię Imion. Każde imię poległego brzmiało jak pieczęć, jak kamień wbudowany w mur, który miał odgrodzić ludzkość od mroku.
Bracia powtarzali za nim.
— Tu kończy się ich służba w ciele — zakończył. — Ale zaczyna w pamięci VI Kompanii. Macragge pamięta. Ultramar pamięta. My pamiętamy.
Apothecary przystąpił do procedury odzyskania Genoziarna.
Servo-skull zapisał ostatnią linię ceremonii, tusz mieszając się z drobnym pyłem Garrovire.
Później, na pokładzie krążownika, Ferren siedział samotnie w swojej kajucie. Pancerz stał na stojaku wokół którego krzątał się serwitor, rejestrujący uszkodzenia, młot „Honour” poddany był procedurze oczyszczenia. Tylko servo-skull unosił się w powietrzu, cicho bzycząc.
— Nowy wpis — powiedział.
Autoskryba zastukała o pergamin.
— „Kampania Garrovire, dzień ostatni” — zaczął. — „Word Bearers próbowali przerobić schrony w świątynię rozpaczy. Nie udało im się. Ich słowo zostało przerwane. Nasze – wypowiedziane do końca.”
Zawahał się.
— „Dowódca VI Kompanii potwierdza: rytuały w rękach zdrajców są bronią przeciwko duszy. W rękach lojalnych są tarczą. Dziś byłem i młotem, i tarczą. Jutro będę tym, czym każe mi być Macragge.”
Servo-skull zapisał wszystko, każde słowo, każde zawahanie.
Ferren odchylił się w fotelu, zamknął oczy.
Przed nim czekały kolejne światy, kolejne rytuały do przerwania i kolejne, które trzeba będzie odprawić. Tak wyglądała jego rola: Kapitan VI Kompanii i Mistrz Rytuałów. Ten, który dba, by prawdziwe słowa nie zginęły w hałasie kłamstw.
— Zakończ zapis — powiedział. — Tytuł: „Głosy Czerni i Błękitu”.
Servo-skull zawisł nieruchomo przez sekundę, jakby i on zasługiwał na moment zadumy. Potem zapisał tytuł starannym, równym pismem.
Kolejna kronika VI Kompanii była gotowa.